Na końcu Europy jest wyspa, która nie zna pośpiechu. Trzeba się do niej wybrać osobno, dopłynąć promem, który czasem nie płynie, i zgodzić się z góry, że przez kilka dni nic się nie wydarzy. To nie jest usterka. To cała oferta. Gavdos leży na południe od Krety — jakieś 40 kilometrów od jej brzegu, bliżej Afryki niż Aten. Najdalej na południe wysunięty skrawek Europy. Geografia, która w Warszawie brzmi jak ciekawostka, a gdy się tu stoi i patrzy w stronę Libii, robi się nagle konkretna. Za plecami masz cały kontynent. Przed sobą 170 mil morza do Tobruku i nic więcej. Mieszka tu na stałe około stu osób. Trójkątna wysepka, 36 kilometrów kwadratowych, w dwie trzecie zarośnięta niską sosną i jałowcem. Nie ma lotniska. Prąd bywa kapryśny, internet jeszcze bardziej, a bankomat traktuj jak legendę — bierz gotówkę z Krety. Do wyspy dopływa się promem ANENDYK z Paleochory albo Chora Sfakion, trzy, cztery godziny, kursy zależą od pogody i humoru morza. Zimą Gavdos jest właściwie odcięty. I to właśnie robi z Gavdos — Gavdos. Kalipso, atomowi naukowcy i jedno krzesło Wyspa ma mitologię cięższą niż niejedna stolica. Według Kallimacha to właśnie Gavdos jest Ogygią — wyspą nimfy Kalipso, tą, na której przez siedem lat utknął Odyseusz. Miejscowi pokażą ci „pałac" Kalipso przy jaskini, jeśli ładnie poprosisz. Homer nazwał to miejsce „światem osobnym" i, szczerze, trudno o lepszy opis. Nowsza legenda jest jeszcze lepsza. Po katastrofie w Czarnobylu w 1986 na Gavdos osiadła grupka radzieckich naukowców-atomistów. Przyjechali się wyleczyć i wymyślić od nowa — i część została do dziś. Kolektyw filozofów na końcu Europy. Jak się nad tym zastanowić, to wyspa, na którą uciekło się przed promieniowaniem, żeby leżeć na słońcu, ma w sobie pewną logikę. A na cyplu Tripiti, dokładnie w najbardziej na południe wysuniętym punkcie kontynentu, stoi wielkie drewniane krzesło. Postawione na skale nad trzema kamiennymi łukami, które wchodzą prosto w morze. Siadasz na nim i formalnie jesteś najniżej położonym Europejczykiem. Nikt tego nie kontroluje, nikt nie sprzedaje biletu. Krzesło po prostu jest. Bardzo w stylu tej wyspy. Plaże Sarakiniko to ta najbardziej znana — długa, piaszczysta, w wydmach i jałowcach schodzących niemal do wody. Nazwana po saraceńskich piratach, od lat magnes na naturystów, hipisów, żeglarzy i wszystkich, którzy szukają miejsca bez struktury. Jest kilka tawern i mini-marketów, więc to najbardziej „cywilizowana" opcja. Cywilizowana jak na Gavdos, czyli umiarkowanie. Agios Ioannis, czyli Ai-Giannis, tuż obok — dłuższa, dziksza, z wydmami i jałowcami. W 2007 któryś z kanałów podróżniczych ogłosił ją drugą najpiękniejszą plażą świata; wyspa się tym nie przejęła. To ulubione miejsce naturystów i ludzi, którzy chcą po prostu zniknąć. Ubrań tu nikt nie liczy, bo i po co. Dalej robi się już serio. Lavrakas — złoty piach i jaskinie, które podanie wiąże właśnie z Kalipso, dostępne pieszo albo łódką. Potamos — czerwono-żółte iły, o zachodzie cała plaża świeci na złoto. Pyrgos, Korfos przy porcie Karave, Lakoudi do snorkelingu. Do części z nich dojdziesz tylko na własnych nogach albo quadem po kamienistych drogach. To selekcja naturalna: kto dotrze, ten ma plażę dla siebie. Życie na wyspie Kilka tawern, kilka kempingów, pokoje u miejscowych. Kastri to „stolica" — kamienne domy, jedyna poczta, przychodnia i jeden policjant na cały Gavdos. Jest lokalne radio, Gavdos FM 88.8. Wieczorami i tak wszyscy lądują w tych samych kilku miejscach, bo wyboru nie ma. Poznajesz ludzi szybciej niż gdziekolwiek, i to nie jest wada — to skutek uboczny braku alternatyw. Tempo jest inne. Zegarek przestaje cokolwiek znaczyć mniej więcej po dobie. Je się, gdy się jest głodnym, nie gdy wypada. Spać kładziesz się po zachodzie albo dużo, dużo później, gapiąc się w niebo, które bez smogu świetlnego wygląda jak z innej planety. Śpi się na plaży pod gwiazdami i nikt cię nie rusza. Dla kogo to nie jest Dla tych, którzy potrzebują stabilnego łącza, klimy w pokoju, karty dań i transferu z lotniska. Gavdos nie udaje, że jest dla nich. I to akurat uczciwe — dużo miejsc udaje. Dla kogo jest Dla tych, którzy chcą sprawdzić, co zostaje, gdy odpadnie reszta. Ciało bez ubrań, czas bez planu, przestrzeń bez tłumu i bez publiczności. Bo to jest ten sekret Gavdos, którego nie ma w folderach: tu nie ma widowni. Zdejmujesz kostium przy wejściu na Agios Ioannis i po dziesięciu minutach zapominasz, że kiedykolwiek go miałeś. Nikt nie patrzy, jak wyglądasz bez niego, kto leży obok, czyja dłoń na czyim biodrze. Nie z jakiejś deklarowanej otwartości — po prostu nikogo to nie obchodzi. A goła skóra, na którą nikt się nie gapi, to rzadszy luksus niż klimatyzacja. Bądźmy uczciwi co do jednego: Gavdos to naturyzm i wolność, nie zorganizowany kurort dla par. Nie ma tu klubu, playroomu ani kalendarza imprez. Jest za to coś, czego żaden klub nie sprzeda — kilometry pustej plaży, na której możesz być nago tak długo, jak chcesz, i sam decydujesz, co z tej wolności zrobisz. Reszta zależy od ludzi, których spotkasz przy tej samej tawernie o zachodzie. A spotykasz szybko, bo wyboru nie ma. Na Gavdos się wraca. Albo się nie wraca — bo brakuje odwagi na kolejne odcięcie. Obie odpowiedzi są uczciwe.