Pierwsze wejście na plażę FKK jest trochę podobne. Zaparkowałeś samochód. Idziesz ścieżką przez las albo wzdłuż brzegu. Słyszysz morze — albo jezioro, albo rzekę, zależy gdzie jesteś. I w pewnym momencie kończy się las albo zaczyna się nowy odcinek plaży, i widzisz: ludzie. Bez ubrań. Normalni ludzie, rozmaici, rozkładający ręczniki, wchodzący do wody, czytający książki. Pierwsze co czujesz to prawdopodobnie: "nie jestem na to gotowy". I to jest w porządku. Możesz usiąść w stroju. Możesz patrzeć — nie na ludzi, na wodę, na horyzont. Możesz poczuć słońce na twarzy i wiatr i zapach morza i myśleć o niczym przez chwilę. Potem, jeśli przyjdzie na to moment, zdejmujesz strój. Nie ma fanfar. Nikt nie patrzy, nikt nie klaska. Słońce jest na skórze w miejscach gdzie zwykle go nie ma. To jest nieoczekiwanie przyjemne. Wchodzisz do wody — to jest jeszcze przyjemniejsze. Gdzieś po dziesięciu minutach dzieje się coś dziwnego: przestajesz myśleć o tym że jesteś nago. Jesteś po prostu człowiekiem na plaży. Ciepło, woda, piasek, słońce. To wszystko. Wyjdziesz z wody. Położysz się na ręczniku. Zamkniesz oczy. I pomyślisz: dlaczego tak długo mi to zajęło.