Słowo FKK brzmi po niemiecku, bo niemieckie jest. Freikörperkultur, wolna kultura ciała. I nie chodzi tu o żaden przypadek ani modę, tylko o pomysł, który ma już ponad sto lat. Naturyzm jako zorganizowana idea urodził się w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku, w odpowiedzi na to, co tamta epoka robiła z ludzkim ciałem wyjątkowo sprawnie. Chowała je. Pomyśl, jak wtedy wyglądało życie. Rewolucja przemysłowa zabrała ludzi z pól do fabryk. Ciało przestało pracować na słońcu, zaczęło pracować w czterech ścianach. A do tego wiktoriańska moralność obudowała je murem wstydu, zasłon i gorsetów, szczególnie kobiece. Coś musiało pęknąć. Pękło u lekarzy, reformatorów i filozofów. W 1903 roku pod Hamburgiem Paul Zimmermann otworzył Freilichtpark, jeden z pierwszych ośrodków, gdzie można było przebywać nago legalnie i bez skandalu. Dwa lata później Richard Ungewitter wydał książkę „Nagość" i pociągnął za sobą całą ideę. Argument był prosty jak drut. Ciało potrzebuje słońca, powietrza i ruchu. Wstyd przed nim jest wyuczony, nie naturalny. A nagość w grupie nie jest seksem, tylko higieną i kawałkiem wolności. Najlepiej miało się to wszystko w Niemczech lat dwudziestych. Republika Weimarska to był eksperyment z wolnością, który skończył się źle, ale przez kilkanaście lat był prawdziwy. Kluby naturystyczne rosły, plaże FKK powstawały, nudystyczne pisma wychodziły w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Blisko lewicy, blisko ruchów reformatorskich, choć nigdy nie był to jeden równy front. Potem przyszli naziści i FKK zdelegalizowali. Ciało miało służyć narodowi, nie wolności pojedynczego człowieka. A po wojnie stała się rzecz, której nikt by nie obstawił. To komunistyczna NRD wzięła FKK pod swoje skrzydła i zaczęła zachęcać. Bo nagi człowiek na plaży nie ma metki, nie ma klasy ani statusu, jest kolektywny i równy. Ideologicznie pasowało jak ulał. Bałtyckie plaże w Binz, Prerow i Kühlungsborn zrobiły się masowe. Kiedy pół Europy wciąż się wstydziło, wschodni Niemcy rozbierali się przy sobie w wielotysięcznych tłumach. Na zachodzie było inaczej, ciszej, bardziej klubowo. Francja, Skandynawia, Holandia, kempingi i stowarzyszenia z legitymacjami. Dzisiaj naturystów w Europie liczy się różnie, od kilku do kilkunastu milionów. Najwięcej i najlepiej zorganizowanych w Niemczech, Francji i Beneluksie. Polska ma Chałupy i garść mniejszych plaż plus parę kempingów, i tyle. Sam ruch się rozjechał na dwie tradycje. Ta stara, stowarzyszeniowa, z kartami członkowskimi, regulaminami i zawodami sportowymi na golasa. I ta nowa, luźniejsza, w której człowiek chce po prostu leżeć na plaży bez kostiumu, bez klubu, bez manifestu. Ale jedno z tego, co wymyślił Ungewitter, trzyma się zaskakująco mocno. Nagość nie jest seksualna, jeśli sami nie chcemy, żeby była. Ciało bez ubrań jest ciałem. Nie obiektem, nie zagrożeniem, nie prowokacją. Śmieszne, że to zdanie brzmi dziś równie kontrowersyjnie jak sto lat temu. I to chyba mówi więcej o nas niż o samym FKK.